O granicach demokracji…

Jednym z warunków rewolucji społecznej prowadzonej przez środowiska lewicowe wywodzące się wprost z marksizmu jest osłabianie chrześcijańskiego etosu społecznego. Patrząc na pożary wywoływane przez tę ideologię, a myślę tu o zmianach w myśleniu, jakie obserwujemy w mediach, polityce, naukach społecznych, prawie, rozrywce, widać, że udało się dokonać ogromnego spustoszenia w antropologii, w rozumieniu siebie przez człowieka.

Przy czym taktyka marksistowska zmierza nie tyle do zanegowania zdrowego rozsądku, ale do zasiania wątpliwości w normalność, do wytworzenia umysłu krytycznego, podejrzliwego wobec prawdy i dobra. W kulturze europejskiej i polskiej te wartości były syntezą doświadczenia osobistego, refleksji filozoficznej i humanistycznej oraz teologii chrześcijańskiej. Uderzenie marksistowskie, które przejawia się pod postacią ideologicznej „dyktatury ciemniaków”, jak to trafnie ujął Stefan Kisielewski w odniesieniu do rządów polskich komunistów, jest obecnie skierowane ku podważaniu prawdy o ludzkiej seksualności. I bynajmniej nie ma ono na celu oświecenia człowieka, ani też dokonania wyzwolenia, jak przekonują propagatorzy seksualnego wychowania już od żłobka, lecz zmierza do zanegowania podstawy ludzkiej egzystencji, jaką jest harmonijny i społecznie uznany proces przekazywania życia i wychowania młodego pokolenia.

Jesteśmy świadkami eksperymentu, w którym władze Warszawy usiłują wykorzystać system edukacji do nadania seksualności pierwszorzędnej wartości wychowawczej nie tylko ponad matematyką czy historią, ale mądrością i etyką. Jest to skandaliczne wykorzystanie władzy, która ideologią gender ma zatruć umysły uczniów. Pomija się przy tym fakt, że promowana wolność zachowań seksualnych naznaczy wiele z tych osób trwałym cierpieniem i pogłębi obszar dysfunkcji w życiu osobistym i społecznym. Ostatecznie działania władz Warszawy maja doprowadzić do tego, że wchodząca w dorosłe życie młodzież nie będzie potrafiła tworzyć i żyć w normalnej rodzinie, bo nie będzie jej cenić.

W czym tkwi największe zło edukacji seksualnej? Pod pozorem wolności podważa się sens miłości pomiędzy kobietą i mężczyzną, która przez wierność i trwałość prowadzi ku afirmacji rodzącego się z tej miłości życia. Otóż właśnie wprowadzana rewolucja zmierza ku temu, by ludziom odebrać sens rodzicielstwa. Chodzi wprost o to, by młody człowiek nie potrafił zaafirmować osoby, lecz każdego człowieka widział przez pryzmat użyteczności seksualnej.

Warszawskie uderzenie jest możliwe, bo trwa milczenie tych, którzy są powołani do wychowywania – nauczycieli tych dzieci. Obawiam się, że akcja stołeczna jest skoordynowana z działaniami ZNP, ponieważ obie instytucje dążą do destrukcji sytemu edukacji, do przeniesienia walki politycznej na teren szkoły, do uczynienia z dzieci zakładników – bez oglądania się na konsekwencje wychowawcze i społeczne. Bowiem uderzają w bezpieczeństwo dzieci, poczucie ich celu kształcenia. Perfidia tych działań polega również na tym, że odbywają się one po pozorem demokracji. Piszę pozorem, bo w tej połączonej akcji dobro dzieci zostaje zniszczone w imię polityki. I powstaje pytanie – czy jest to jeszcze demokracja?