O granicach wolności

Kilkanaście lat temu byłem nauczycielem w jednym z warszawskich liceów. Podstawowym problemem wychowawczym, jaki należało rozwiązać był stosunek pomiędzy zakresem przywilejów osobistych ucznia, a podporządkowaniem się wymogom dobra klasy i szkoły. Proste kryterium opierało się o zasadę nie przeszkadzania innym w zdobywaniu wiedzy i prowadzenia życia szkolnego opartego na życzliwości. Wprowadzenie jej miało swoje konsekwencje złe i dobre. Te pierwsze dawały możliwość usunięcia ucznia, który nie spełniał zasady. Te drugie koncentrowały się na cenieniu działań, które były bezinteresowną pomocą dla innych.

Podaje ten przykład, ponieważ doskonale ilustruje on sens wychowania i związany z tym procesem cel życia człowieka. Otóż nie istnieje wolność, gdy nie ma ona granic. Wszelka wolność musi być zdefiniowana zakazem, by nią była. Inaczej przeradza się w swoje przeciwieństwo. Pozwala na rozwój moralny człowieka, który polega na tym, by umacniać się w cnotach i sprawnościach. One z kolei dają moc do tego, by służyć dobru innych osób. Naturalnie zatem dążymy do cnót kardynalnych, które są społeczne ze swej natury – od umiarkowania i męstwa, by umieć ograniczać swoją wolność i walczyć ze złem, po roztropność i sprawiedliwość, by być zdolnym do służby i obrony innych osób i instytucji, które je chronią.

Właściwym miejscem dobrych zachowań jest przede wszystkim rodzina, gdzie uczy się wartości dobra wspólnego, jakie służy dobru osobistemu. Ona daje przykład dobrowolnego poświęcania życia dla dobra innej osoby. Wywodząc się z miłości kieruje naturalnie swe wysiłki wychowawcze ku takiej postawie, która pozwala miłość urzeczywistniać. Jasnym się staje, że rodzina ze względu na podstawowe znaczenie dla człowieka musi mieć także wymiar religijny. Można by się pokusić o pytanie, które religie chronią najpełniej rodzinę. Chodzi nie tylko o opis socjologiczny, ale uzyskanie prawdziwego kryterium rozwoju społecznego, ponieważ właściwa rodzina integruje rozwój człowieka. 

Ale gdzie tkwi norma prawdziwości? Otóż nie jest ona odległa od pragnienia każdego uczciwego chłopaka i uczciwej dziewczyny, którzy chcą założyć rodzinę – jak to ładnie ujmuje Chesterton w esejach o „Obronie człowieka”. „Uczciwi młodzi ludzie” i ich pragnienia są normą życia społecznego, bo ich dążenia wywodzą się z zapisanego wewnątrz serca prawa mężczyzny i kobiety do tego, by żyć miłością wyłączną, wierną i płodną, (bo przecież żadna inna nie wchodzi w rachubę, gdy się jest uczciwym), by funkcjonować w społecznie akceptowanej instytucji małżeńskiej chroniącej ich miłość i pozwalającej jej promieniować w długoletnim wychowaniu dzieci. Trwałość małżeństwa monogamicznego jawi się jako podstawa życia społecznego. Władza w żaden sposób nie może działać wbrew takiej strukturze. Także żadna religia nie może wypaczyć tej normy. Złamanie jej kończy się upadkiem kultury. Bezinteresowna rodzinna miłość jest źródłem państwa i granicą wolności osobistej, politycznej i religijnej…