O tempora, o mores…

Nigdy nie przypuszczałem, że będę żył w takich czasach, gdy w wolnej Polsce będą ustanawiane prawa będące triumfem marksistowskich poglądów. W okresie komunizmu mieliśmy przekonanie (razem z przyjaciółmi), że ustanowione wbrew narodowi siłą sowieckich karabinów władze w Polsce, tworzyły prawo zwrócone przeciw człowiekowi i przeciw suwerenności Polski, ponieważ realizowały politykę niszczenia fizycznego i moralnego Polaków, zgodnego z interesem Moskwy. Sądziliśmy, że są one tymczasowe, tak jak nietrwałe okazały się prawa zaborców. Wierzyliśmy, że wolna Ojczyzna będzie kierowała się poszanowaniem praw naturalnych, które przysługują człowiekowi z tytułu jego godności, z jej podstawowym szacunkiem do życia.

Trzydzieści lat po upadku ZSRR, po wyjściu wojsk sowieckich z naszych granic, wciąż toczymy walkę z postkomunistycznym dziedzictwem. Okazuje się bowiem, że antyludzkie idee, jakie prezentuje ateistyczny marksizm nie tylko zakorzeniły się w umysłach wielu Polaków i to tak, że przekazali je swoim dzieciom, ale, że obezwładniają coraz większe rzesze ludzi, o których mieliśmy wrażenie, że potrafią żyć w sposób wolny. Najgorsze jest to, że owe idee są silnie rozpowszechnione w umysłach europejskich i polskich elit politycznych, które mając władzę dewastują nasze ustawodawstwo i nasz system wychowania dzieci. Myślę tu o niesłychanie groźnej ideologii gender, która nie prowadzi do pokoju lecz wojny kulturowej. Jest wsączaniem nienawiści w życie społeczne, ponieważ jej celem jest niszczenie rodziny jako podstawy ładu narodowego.

O tempora, o mores chciałoby się wykrzyczeć za Cyceronem wieszczącym kres świetności Rzymu. Upadek obyczajów jest zaiste potężny i nie widać końca tego załamania, bo ideowi spadkobiercy komunistów dążą do tego, aby nowe pokolenia młodzieży stały się niezdolne do normalnego życia. Wszystko dzieje się pod przykrywką haseł o wolności seksualnej coraz silniej opanowujących system oświaty. A przecież ludzkie normy życia są niezmienne.

Ostatnio przeczytałem opowiadanie Ksenofonta, ucznia Sokratesa, napisane dwa i pół tysiąca lat temu o Heraklesie, który jako młodzieniec stoczył bój decydujący o jego przyszłości. Stanął on, jak opowiada Ksenofont, na rozstajnych drogach i musiał wybrać pomiędzy życiem pełnym przyjemności, jakie ofiarowała mu dziewczyna kusząca rozwiązłością, a życiem wyrzeczeń przedstawianym przez drugą, skromną pannę. Pierwsza nazywała się Nieprawość a druga Cnota. Cóż czeka na końcu tych dróg? Autor wprost pisze, że nikt rozumny nie odważy się pójść pierwszą drogą, „bo jej wielbiciele, choć młodzi, są już na ciele słabi, zostawszy zaś starcami, głupieją na duchu”. W przypadku wyboru drugiej czeka szacunek bogów i ludzi, ponieważ cnota uwewnętrzniona czyni człowieka dobrym, pożądanym przez innych w czas pokoju i wojny, rodzi przyjaźń. A po śmierci „wiecznie kwitnie ich pamięć w pieśni”.

Dziś toczymy tę samą walkę o ludzką postawę. Nie musimy uciekać się do wzorów mitycznych, bo w naszej historii mamy wiele szlachetnych i rzeczywistych wzorców postępowania. Aby zmieniły serca i obyczaj muszą trafić do kanonu polskiej edukacji.…