Odsłonić wartości wychowania rodzinnego…

Wśród ludzkich działań niewiele jest takich, które byłyby bardziej szlachetne od wychowywania. Współczesna pedagogika zredukowała wychowanie do zbioru czynności skierowanych ku celom światowym. Ruguje się z niej problematykę Boga, czyni kształtowanie dziecka procesem ateistycznym.  Ale czy można zrozumieć człowieka bez Chrystusa? Czy można go wychować bez Boga? Odpowiedź jawi się oczywistą, że nie można. Jednak presja współczesnej kultury doprowadziła do takiego stanu, że nawet katoliccy rodzice w praktyce wychowują swoje dzieci w sposób laicki, wiążąc cel wychowania z niedookreślonym do końca szczęściem na tej Ziemi i w tym tu czasie. To jest cechą laickości, która stawia przyjemność ponad wyrzeczenie.

Zrozumieć wychowanie oznacza sięgniecie do genezy, a więc do Boga. I poniższy tekst odsłania taką perspektywę. Nie ma cech postulatywnych, ale ma normujące. Na początek warto przypomnieć, że Bóg jest w stosunku do człowieka pierwszym wychowawcą. Określa cel naszego życia i stwarza środki do jego realizacji. W Chrystusie stał się człowiekiem, wiarą otwiera drogi poznania Boga i uzdalnia do miłowania Go. Zadziwiająca miłość Boga, jaka przychodzi do człowieka tworzy najsilniejszy czynnik formujący. Ona promieniuje i staje się siłą, która buduje tego, który kocha.

Wychowanie przyjmuje tu zasadę – oddawania własnego życia z miłości do konkretnych, spotkanych tu i teraz osób. Nadajemy w ten sposób sens określonym miejscom i czasowi, tworzymy kulturę i historię. To jest sednem wychowania.  Gdzie ona ma miejsce? Otóż najpełniej dzieje się to w sakramentalnym małżeństwie i wywodzącej się z niego rodzinie. Wychowanie jest zadaniem, które realizuje się przede wszystkim w powołaniu małżeńskim. Jest podjęciem współpracy z Bogiem, w strukturze instytucji, którą On ustanowił, jest korzystaniem z Jego darów, jakie są uaktywniane w rodzinie. Rodzina jest zasobem i siłą, dzięki której małżonkowie poznają swoje człowieczeństwo, odnajdują tożsamość wpisaną w ich serca. Jest drogą samo-formowania, na której paradoksalnie Bóg nieustannie służy małżonkom jako pomoc. W każdej chwili człowiekowi, który czyni dobro daje to co jest dla niego najlepsze, aby budował swoją tożsamość – jak zauważa ojciec Jacek Woroniecki.

Poruszając problematykę wychowania w rodzinie nie możemy jej zredukować. Jest to delikatna materia i można wiele zepsuć. Naturalnie zmierzamy ku temu, by uzgadniać działania rodzicielskie z Bożym planem formowania, kształcenia, opieki, ochrony, regeneracji, wzmacniania, zapobiegania. Chodzi o to, aby dziecko uzyskiwało ludzkie sprawności, które wzmocnią jego poczucie własnej wartości. To oznacza, że wychowanie w rodzinie, jest zadaniem, które ma doprowadzić do tego, aby za przykładem mamy i taty potrafiło odpowiedzieć w życiu rozumną miłością. W tym zadaniu Bóg nigdy nie odmówi łaski rodzicom. Współpraca z Nim stanowi podstawową zasadę wychowania, jakiej nic nie może zastąpić. Nikt nie może dziecku utrudniać ani zabronić wzrastania w łasce.

Pojawia się triada podmiotów wychowania: rodzice, dziecko, Bóg. Piszę „podmiotów”, ponieważ dziecko nie jest mechaniczną zabawką, lecz osobą, która działa wskutek poznania, rozumienia i decyzji woli. Wychowanie dzieje się w relacjach zaufania, nadziei i miłości pomiędzy tymi podmiotami. Przy czym mamy do czynienia z dzieckiem – osobą zdezintegrowaną i ułomną pod każdym względem i w różnym stopniu – fizycznym, emocjonalnym, zmysłowym, poznawczym, wolitywnym. Jednak każde otrzymuje dostateczne zasoby moralne i duchowe, które stanowią motor rozwoju. Ponadto Bóg wielkodusznie i hojnie daje małżeństwu komplet łask. Stanowią one wyposażenie rodziców, potencjał do wykorzystania i siłę formującą. Dzięki nim wierna, trwała miłość małżeńska rozwija się w bezinteresowną troskliwą miłość rodzicielską. Ona wzmacnia siły dziecka i powoduje jego integrację przywracając mu podobieństwo do Boga.

Dziecko przebywa w wyjątkowym miejscu, w komunii osób, w domu, który transcendując czas dynamiką miłości i służby ma coś z wieczności. Żyje i wzrasta w obecności osób zjednoczonych prawdą o wartości osoby. Ona prześwietla jego umysł i staje się zasadą rozumienia świata i motywem do właściwego odnoszenia się do ludzi. Nieustannie bowiem należy podkreślać, że dziecko jest osobą i pragnie poznawać i odnosić się do osób. Nic nie zastąpi dziecku czasu spędzonego z osobą, której ufa. Współczesna pedagogika, która zachęca do przesadnego otaczania dzieci przedmiotami jest niewłaściwa, ponieważ nic nie zastąpi obecności osób.

Gdy patrzymy na rodzinę w aspekcie pedagogicznym, dostrzegamy że małżeństwo i zbudowana na nim suwerenna rodzina jawi się jako źródło dobra i staje się ostatnim czytelnym znakiem mądrości Boga, jakiej już nie dostrzegamy w przyrodzie. Patrzymy na nią wyłącznie jako na bezładny zbiór atomów. A małżeństwo jest jeszcze ostoją dobra, które budzi nadzieję i pragnienie uczestniczenia w nim. Ma jeszcze walor porywający. Ku czemu? – można zapytać.  Otóż porywa do Ojca dobra. I stąd naturalnie wychowanie w rodzinie skierowuje się ku Niemu, czyniąc ludzką wolę dobrą. Bo w wychowaniu objawia się nam dziecko, które nim zacznie posługiwać się rozumem pokazuje swoją wolę, swoje dążenie do samodzielności. Rodzina szanuje to dążenie i kieruje je poprzez czynności domowe do pomocy osobom, do okazywania szacunku tym, z którymi przebywamy.

Wzorem jest pedagogika Pana Jezusa wobec uczniów, kiedy swoim postępowaniem i rozmową wyjaśniał im tajemnicę miłości Boga. Był wiernym świadkiem ufności w prawdę i dobroć Ojca niezależnie od okoliczności, w jakich przyszło Mu żyć. Tacy mają być rodzice, którzy w małżeństwie – ognisku Bożej miłości – formują swoje człowieczeństwo i przez to stają się wzorem wychowania. Małżeństwo bowiem opiera się na bezinteresownej, wolnej afirmacji osoby. To jest jego siłą pedagogiczną, ponieważ człowiekowi nie wystarcza do życia fakt zrodzenia, jak to się dzieje u zwierząt, lecz potrzebuje doświadczyć, że jego istnienie budzi miłość. Każdy człowiek, a szczególnie dziecko, potrzebuje akceptacji jako wstępnego warunku, od którego zaczyna się wychowanie. Pragnie usłyszeć: dobrze, że jesteś! Kogo bym kochał, gdyby ciebie nie było? Takie słowa wyznania są najbardziej intymne i dlatego zarezerwowane są dla rodziny. Rodzice mówią słowami Boga, który powołuje do istnienia i wychowania. Bo to On pierwszy mówi do człowieka – niemożliwe, żebyś nie istniał, bo kogo bym kochał? Pięknie wypowiedziała tę prawdę św. Teresa z Avila:

Z Twojej tu jestem przyczyny
Co pragniesz ze mną uczynić? …
Twojam, Ty stworzyć mnie chciałeś,
Twoja, Ty mnie odkupiłeś,
Twoja, bo dla mnie cierpiałeś,
Twoja, bo mnie powołałeś,
Twoja, bo na mnie czekałeś,
Twoja, bo mnie nie straciłeś
Co pragniesz ze mnę uczynić?

To jest pytanie, które Boża Miłość stawia rodzicom i ich dzieciom w wychowaniu. Warto iść drogą bez potępiania, porównywania, presji na sukces w tym świecie. Pozwalać podejmować decyzje dziecku, zaufać oddziaływaniu niezwykłego środowiska – osób które się kochają i wybierają dla siebie najlepsze działania. To jest najbardziej zdumiewająca cecha rodzinności, którą dziecko przyjmuje jako coś naturalnego i stara się kroczyć po drogach wyznaczonych przez mamę i tatę. Z prostotą i naiwnością właściwą dzieciństwu wzrasta w otoczeniu osób miłujących, buduje swoją tożsamość osobową.

Wychodząc od takiego doświadczenia trzeba rozszerzyć dziecku widzenie mądrości Boga na cały świat i całą historię. A to współcześnie jest bardzo trudne. Zagrażają w wychowaniu dwa modele – jeden, który postuluje, że człowiek jest sumą wiedzy. A przecież doświadczamy, że od ilości wiedzy szkolnej człowiek nie staje się lepszy. I drugi, że człowiek jest sumą swoich działań, że praktyka czyni człowieka. W tym przypadku błąd polega na tym, że jest wiele działań, które niszczą człowieka i dlatego wolność nie może się opierać na subiektywnych racjach.

Wiemy, że dziecko, jak każdy, doznaje skutków grzechu pierworodnego i własnego. Przejawia się to w słabości uznania prawdy i skłonności do podejmowania złych decyzji. Stąd konieczna staje się nie tylko pomoc rodzicielska, ale przede wszystkim opieka Boga. Uczymy rozumienia Ewangelii w rodzinie i we wspólnocie Kościoła, po to by młodzi ludzie samodzielnie zaczęli dążyć do wprowadzania jej w swoje życie. By z pomocą Boga, potrafili wytrzymać napór zła ateistycznej i nieludzkiej antykultury. Mamy nie tylko obowiązek ochrony dzieci przed złym słowem ale także przed złym przykładem, obcym nihilistycznym wpływem. A uczenie słów prawdy, mądrości i wiary, które kształtują umysł dziecka i jego działanie, staje się najważniejszym zadaniem dla nas – rodziców.

Andrzej Mazan