Quo vadimus?

Na naszych oczach historia nagle przyspieszyła. Staliśmy się świadkami zdarzeń, w których potężne państwa i struktury międzynarodowe nie radzą sobie z ochroną życia ludzkiego. Główną kwestię dla polityków i każdego z nas jest pytanie: Jaki świat ma powstać po epidemii? Zwłaszcza, że czeka nas nie tylko dekonstrukcja ekonomiczna, ale jesteśmy i będziemy świadkami wielu nieprzewidywalnych decyzji politycznych, które niekoniecznie przysporzą ładu. Życzmy sobie, aby ten czas wyłonił takich polityków, dla których dobro państwa i obywateli są najważniejsze, którzy są w stanie bronić każdego życia, bez konieczności dokonywania wyborów – komu ono przysługuje.

Czy nasza cywilizacja utwierdzi te wartości? Wielu sceptycznie podchodzi to takiej wizji. Ale na pewno nie jest marzeniem dążenie do tworzenia warunków, w których może zafunkcjonować bardziej ludzki porządek. Wciąż bowiem, nawet w najczarniejszej nocy cywilizacyjnej, możemy go budować, jeśli nie zabraknie nam wiary w to, że istnieje normalność, że historię piszą nie tylko ludzie, ale tworzy ją także Bóg. Jest zdumiewające, że słabość naszej cywilizacji ukazuje się właśnie w tym okresie, gdy przeżywamy wkroczenie Boga w historię. Pewnie niewielu łączy te wydarzenia. Ale my w Polsce wciąż odnajdujemy mesjańskie przekonanie o wartości historii. Jest naszym największym dziedzictwem narodowym i zobowiązaniem. Jest testamentem zostawionym przez przewodników naszego narodu. I myślę tu nie tylko o Janie Pawle II czy Stefanie Wyszyńskim, ale także o tych, z których oni wyrośli, na których wspiera się nasza życiodajna kultura.

Zajrzałem ostatnio do „Dzieł Zbiorowych” Henryka Sienkiewicza. Wśród ulotnych druków jest list do redakcji francuskiego pisma. Autor wyjaśnia w nim genezę swojej najwspanialszej powieści „Quo Vadis”. W okresie, gdy Polska nie istniała i znikąd nie było widać szans na niepodległość, Sienkiewicz próbował odnaleźć sens historii. Wspomina, że zaczytywał się w „Rocznikach” Tacyta. Porywała go potęga cesarstwa rzymskiego. Ale jednocześnie wiedział, że ono zostało pokonane przez siłę duchową, jaką przyniosło chrześcijaństwo. Pisze, „myśl ta mnie pociągała jako Polaka przez swą ideę ducha nad siłą materialną, jako artystę porywała mię przez wspaniałe formy, w jakie umiał się przyoblekać świat starożytny”. Zwiedzał Rzym z Tacytem w ręku i szukał punktu zaczepienia. Odnalazł go, gdy wędrował po katakumbach, gdy przeżywał śmierć św. Pawła w „Tre Fontane”, gdy modlił się w kaplicy „Quo vadis”, gdy wzruszył się widokiem bazyliki św. Piotra…

W nadchodzących dniach, najważniejszych przecież dla historii świata, będziemy patrzeć na pusty plac przed bazyliką św. Piotra, jakże silnie kontrastujący ze wspomnieniami, jakie nosimy z okresu spotkań z naszym papieżem, gdy widzieliśmy Rzym pełen życia. Życzę, abyśmy pozwolili się ogarnąć takim samym rozrzewnieniom, jakich doznawał w Rzymie osamotniony, jak my dzisiaj, Sienkiewicz i takim samym przekonaniom, że Chrystus i Jego Kościół wyznaczają dzieje świata…